muzycy:
Whit Dickey: drums
William Parker: bass
Matthew Shipp: piano
Trzy dekady temu ten sam skład nagrał płytę "Circular Temple" (Quinton, 1990), od tego czasu upłynęło sporo wody w rzece Hudson, jednak jedno pozostało niezmienne, zarówno Whit Dickey, jak William Parker i Matthew Shipp pozostają w epicentrum jazzowego huraganu, który posuwa sprawy do przodu. Grali ze sobą w przeróżnych konstelacjach wielokrotnie, przez cztery lata budowali kwartet nieżyjącego już Davida S. Ware'a (w latach 1992-1996).
"Village Mothership" to ich pierwsze studyjne triowe nagranie od prawie 30 lat. Niegdyś młode lwy kreatywnego jazzu przeistoczyły się w mędrców. I tych mędrców, których wcale nie tak wielu chadza po świecie, mamy przyjemność słuchać. To grono może być synonimem totalnej artystycznej swobody, to pełen wigoru, soczyście, mocno i olśniewająco brzmiący mały wielki ansambl.
Otwierający "A Thing & Nothing" i zamykający "Nothing & A Thing" są reprezentatywną klamrą, scalającą całą bogata narrację. Pierwszy uwalnia atomową wręcz energię, generowaną niemalże od początku przez głodnych jazzowej interakcji muzyków, drugi rozwija się powoli, samotną wyprawą Matthew Shippa w jazzowe zaświaty, gdzie słychać zarówno Monka jak i Cecila Taylora. Z czasem pojawiają się Whit Dickey i William Parker, skutecznie rozszerzając ramy perlistej improwizacji.
"Whirling in the Void" to kosmiczny jazz, który ujawnia swój potencjał jakby mimochodem, niezauważalnie. Gdzieś w połowie utworu rozbłyska jasnym jazzowym blaskiem, ludową melodyką i awangardowym pulsem. Siostrzana "Down Void Way" rozwija się podobnie, wydają się wzajemnie uzupełniać, będąc bardziej dysonansowymi i nieprzewidywalnymi niż pozostałe na płycie.
Najbardziej balladowy na płycie "Nothingness", częstuje nas czystą melodyjnością, okazjonalnie tylko przerywaną erupcją instrumentalnej aktywności. Tutaj narracja zwalnia, trio lubi eksperymentować w swobodny sposób, spójność i łatwość tkania opowieści jest zdumiewająca.