Takie projekty powstają zazwyczaj w niepozorny sposób. Brak tutaj elementów, które rozgrzewają dzisiaj publiczność, nikt tutaj koniunkturalnie nie romansuje z bardziej popularnymi gatunkami muzycznymi, montując nieznośne "muzyczne memy", nikt nie wypełnia tutaj swojej artystycznej wypowiedzi modnymi wątkami obyczajowymi, brak tutaj w składzie "głośnych para-rewolucjonistów". Ale jest to, co czyni sztukę prawdziwie uniwersalną.
Fundamentem są pełne wyrafinowanej narracji kompozycje lidera - Mário Costy. Po drugie każdy z członków kwartetu respektuje przewodnią zasadę "im mniej tym lepiej", po trzecie potencjał instrumentalistów jest tutaj wykorzystywany w adekwatnym stopniu.
Mario Costa ma tę unikalną zdolność uwalniania kompozycji od tego całego zbędnego balastu banalności kolejnych mód i artystycznych póz, dzięki temu, przy tak wyśmienitej obsadzie wyzwala niespodziewaną energię.
A dobrał sobie nie lada kompanów - trąbkę Cuong Vu można usłyszeć w zespołach Billa Frisella, Pata Metheny'ego, Davida Bowie czy Laurie Anderson, a bez kontrabasu Bruno Chevillona nie może się obejść Louis Sclavis, Michel Portal czy Daniel Humair, z kolei Benoît Delbecq, który wyrasta na jednego z najbardziej kreatywnych współczesnych pianistów, współpracuje z szeroką gamą muzyków, od Evana Parkera, Marka Turnera po Mary Halvorson.
Słuchając "Chromossome", obcujemy z płynną, wydobywającą na powierzchnię atuty każdego z członków zespołu narracją. Muzyka zrodzona z tych czterech genialnych i bardzo różnych osobowości jest większa niż suma jej części. Mário Costa układa narrację nie tyle gęstą, ile połamaną i niejednorodną. Zestawia ze sobą różne muzyczne powidoki, bawi się ich ostrością w ramach jednej kompozycji, podczas całej płyty zaskakuje nowymi detalami, a każdy z tych pomysłów wyznacza potencjalne warianty i rozwidlania się narracji.
Lektura tej płyty, która w swojej niepozorności potrafi oszołomić eksplozją kreatywności, jest wielką frajdą!
autor: Mariusz Zawiślak