Przed 10 laty, w noworoczny poranek 1997 roku, umarł Townes Van Zandt, jeden z największych songwriterów wszech czasów. Steve Earle wyraził to dość drastycznie: "Townes Van Zandt jest największym songwiterem na całym świecie i stanę w moich kowbojskich butach na stole z kawą Boba Dylana i powiem to". Townes skomentował to dość spokojnie: "Spotkałem Boba Dylana i jego ochroniarzy i nie sądzę, by Steve mógł się zbliżyć do jego stolika". Jednak nie było to wcale konieczne, bo sama "jego Bobowość" jest od dawna znawcą i fanem dorobku Van Zandta, a utwór "Pancho & Lefty" ma na stałe w swoim repertuarze koncertowym.
W ciągu tych 30 lat Townes napisał ponad 150 piosenek, czyli średnio pięć na rok. To oczywiście niewiele jak na typowych songwriterów. Townes po prostu nie stawiał na ilość i nie był typowym songwiterem. Każdy jego utwór ma za to substancję i głębię, które inni tylko rzadko osiągają.
Związane z życiem, z sercem i pełne uczucia ale też lakonicznie obserwujące są jego piosenki, w których przedstawia losy i zawirowania w sposób tak doskonały jak mało kto...
A jego piosenki wręcz wołają, by żyć kolejnym życiem coverów. A to właśnie się dzieje. Zadziwiające, ale na płytach produkcji countrowo-nasvillowej gościły one z małymi wyjątkami dość rzadko.
"There's A Hole In Heaven Where Some Sin Slips Through" zapoczątkowuje proces, który tą lukę wypełni. 17 piosenek, z czego 11 specjalnie i tylko na tą płytę, jedna kompletnie na nowo zmiksowana i pięć, które już się ukazały na innych płytach, jednak są to piosenki trudne do znalezienia, pokazują ponadczasowe i wielkie są pieśni Townesa Van Zandta.
“We don't know why he was here, other than to write songs.” (Jeanene van Zandt)
Uwaga: płyta ukazuje się także jako podwójne LP, tłoczone na 180-gramowym audiofilskim winylu.