Pere Ubu "St. Arkansas" Glitterhouse/ Gusstaff Pere Ubu istnieją bodaj od 27 lat i zadziwia jak dobrze się trzymają. Szczególnie, że już ich pierwsza EP'ka – "Datapanic In The Year Zero" z 1978 r. - wystarczyła, aby trafili do żelaznego kanonu nowej fali. Wprawdzie z oryginalnego składu pozostał tylko David Thomas, ale to właśnie on jest najważniejszą postacią w zespole. Jego przejmujący wokalny performance ani trochę nie stracił na sile wyrazu. Ciekawe, iż Pere Ubu potrafią brzmieć po swojemu – trzymają się tradycji z końca lat 70., ale w taki sposób, iż wypracowanemu wtedy brzmieniu nadają charakter ponadczasowy. Sucho, wysoko nagrane bębny przebijają się na sam wierzch ściany gitar, zewsząd nadlatują dziwaczne świsty analogowych syntezatorów. Do tego zdarzają się quasidubowe tła jak z płyt z początku lat 80., ale też rhythm&bluesowe wręcz riffy i motoryka. Całość wypada dość klaustrofobicznie, co doskonale pasuje do kreacji Thomasa. Niby nic nowego, ale tak, czy inaczej kolejna bardzo fajna płyta Pere Ubu.
Rafał Księżyk (Aktivist / Antena Krzyku)
Po wielu latach nareszcie nowa płyta... Czy istnieją klasycy awangardy punkowej (post-punkowej??). Oczywiście że tak. Dla dorosłych, albo lepiej: dla dorosłych o wyrobionym smaku...
Ich muzyka zawsze była i jest trudna do opisania i zrozumienia, stop brzmieniowo ciężkiego eksperymentalnego rocka gitarowego, "znalezionych" odgłosów, analogowych syntezatorów, rozpadających się struktur piosenek i niezbyt trzeźwego głosu.
Po raz kolejny udowadniają, że mogą działać cuda, łączą jak w kalejdoskopie balladowy melodramat, grozę i garażowy punk. To ich 12. studyjny album, a łącznie licząc juz 18., jaki nagrali w czasie swej 27-letniej historii. Jego poprzednik "Pennsylvania" (1998) uzyskał bardzo wysokie oceny po obu stronach oceanu.
Pere Ubu to obecnie: David Thomas (wokal), Tom Herman (gitara, organy, wokal), Jim Jones (organy, gitara), Robert Wheeler (syntezator-E....... więcej