Piąty studyjny album kwintetu z Kentucky to już zapowiadany przez wcześniejszą płytę „Z" konsekwentny odwrót od tradycyjnego rocka z południa USA i śmiały krok w stronę bardziej eklektycznych i eksperymentalnych brzmień.
„Evil Urges" to także zauważalna zmiana image'u zespołu, który kiedyś ze swymi brodami i kudłami dawniej przypominał raczej bractwo mocno przymulonych amatorów pędzenia „księżycówki" w leśnych ostępach Kentucky, albo - jeśli już jesteśmy przy rocku - podobnych abnegatów, tych w rodzaju Drive-By Truckers czy Kings Of Leon. Ale przecież chodzi nie o wygląd, a o muzykę, a tu też rzeczywiście zaszły ogromne zmiany. Koniec ze skojarzeniami z południowym, psychodelicznym country rockiem, Neilem Youngiem czy inspirowanym Wilco alt-country. Na „Evil Urges" My Morning Jacket z siermiężnego, nasyconego reverbem brzmienia przestawili się na bardziej wyrafinowane - przestrzenne, cieniowane klimatycznymi klawiszami - granie. Ale przede wszystkim często i efektownie wprowadzane funkowe rytmy, dobitnie (jak w „Highly Suspicious" czy „Touch Me I'm Going To Scream Pt. 2"), do społu z efektownym falsetem wokalisty Jima Jamesa, świadczą o fascynacji Princem. Album oferuje jednak sporo innych atrakcji: przednie i bardzo niekonwencjonalne country („I'm Amazed"), folkową balladę („Librarian"), eteryczną, podszytą soulową emocjonalnością balladę („Thank You Too!"), rock and roll („Aluminium Park"), klasyczny południowy hard rock („Remnants"). „Evil Urges" to jednak nie jest jakiś gatunkowy zsyp, lecz raczej porywająca prezentacja ogromnych możliwości zespołu, który odwołując się do różnych amerykańskich tradycji muzycznych i rockowych stylów zbudował na nich swoją nową, oryginalną tożsamość artystyczną. Skojarzenie z tym, co dekadę temu przydarzyło się Mercury Rev i Flaming Lips nasuwa się samo przez się.