Wspólny projekt dwóch "wariatów": Mike Patton'a (Mr. Bungle, Tomahawk, Fantomas...) i japończyka Masami Akita (znanego jako Merzbow).
Kamil Antosiewicz (www.serpent.pl/recenzje):
Słowo "Maldoror" pochodzi z jednego z dzieł XIX pisarza Conte De Lautremonta. Ale daleko tej krótkiej, bo ledwie 30-minutowej płycie do subtelnego piękna tego gotyckiego arcydzieła. Masami Akita aka Merzbow i Mike Patton połączyli swoje siły i wydali straszną, hałaśliwą płytę. Straszną dlatego, że hałaśliwą, hałaśliwą dlatego, że... no właśnie. Japońskie zamiłowanie do przesterów i efektów typu "distortion" słychać na "She" bardzo wyraźnie. To one właśnie rzutują na całokształt wydawnictwa. Wtórują temu poszatkowane do granic możliwości fragmenty filmowych dialogów, chore krzyki Pattona, stukoty, szumy i cała masa rozmaitych noise'ów: coś puknie, strzeli, zawyje, zapiszczy. W odróżnieniu od większości dzieł hałasujących artystów (w tym i Merzbow), "She" jest płytą zdumiewająco przestrzenną, pełną kontrastów, zróżnicowaną brzmieniowo. Dzięki temu odróżnia się od setek albumów z kolejnymi wariacjami na temat białego szumu. Filmowa wyobraźnia Pattona (której dał on ujście na solowym "Pranzo Oltranzista", wydanym jakiś czas temu przez Tzadik) wzbogaca brutalną bezkompromisowość ścian dźwięku wyprodukowanych przez skośnookiego Masami. O ile z trudem pisze się na temat statycznych i mało zróżnicowanych ultra-brutalnych płyt Merzbow, o tyle ten album jest zdecydowanie "przystępny" pośród całej reszty morderczych przedsięwzięć. Niektóre utwory zaczynają się figlarną melodyjką, inne eksplodują od razu wściekłym wrzaskiem. Czasami wydaje się, że sadystyczne testowanie wytrzymałości studyjnego sprzętu będzie trwało wieki, gdy właśnie w tym momencie wszystko zatrzymuje się w miejscu, cały impet znika i duet zaskakuje delikatnością środków wyrazu. Niespodziewanie dużo na "She" brzmień, wyjątkowo wiele rozmaitych warstw, klimatów i emocji. Choć okładka tego wydawnictwa jest ....... more