Info dystrybutora:
Po 10 latach muzycznej tułaczki Blue Raincoat wydaje płytę, która brzmi bardziej naturalnie, bardziej surowo i bardziej prawdziwie. Muzyka z „Out Of The Blue Into The Black” odnosi się najbardziej do klasyki gitarowego grania ze wszystkich dotychczasowych dokonań zespołu. Już sam tytuł jest bezpośrednim nawiązaniem do rockowej tradycji Neila Younga.
W niespełna 9 miesięcy po ukazaniu się poprzedniczki to wciąż gitarowe granie, ale zarazem zupełnie inne oblicze zespołu. Zarejestrowany na setkę w góralskim domku pod lasem okolicach Wołowa, krążek przynosi więcej dojrzałości i jest ciekawszy brzmieniowo. Mamy tutaj, oprócz przesterowanej gitary, sporo akustycznych dźwięków, harmonijkę , piano, a nawet miotłę… pojawiają się też damsko–męskie duety wokalne.
fragmenty recenzji:
nowa płyta Blue Raincoat jest świetna. (...).
Puenta już była. Przypomnę ją jednak, tak na wszelki wypadek: nowa płyta Blue Raincoat jest świetna. To dla tych, którym trzeba dwa razy powtarzać."
*(nuta.pl)*
(...) ten eklektyczny, (alternatywny) rock jest po prostu zmysłowy, bo mimo wszystko, pozbawiony krzyku i natrętnej manifestacji dźwiękowej, gdzie nawet tylko sporadycznie słyszana harmonijka kokietuje ucho swoją subtelnością.
*( gery.pl)*
Właściwie nie ma na tej płycie zdecydowanie słabych momentów (...), za to perełek nie brakuje. Już otwierający album, oparty na prostej zagrywce gitary i klawiszy "My Lover Lay With Me" (z solówkami harmonijki i klawiszy właśnie) obiecuje, że seans z "Out Of The Blue..." będzie udany. Na obietnicach się nie kończy. Takie kompozycje jak wspomniane już "Lullaby For You Baby" czy "On The Second Day Of Her Living" (Neil Young byłby zadowolony z takiego hołdu), są wystarczającymi powodami, by sięgnąć po ten krążek. *
(kulturaonline.pl)*
Płyta „Out Of Blue Into The Black", to moim zdaniem ....... more
Rozumiem - płyta dorosła, rozumiem - że pragną poszerzyć instrumentarium, rozwijać się. Płyta bardzo dobra, ale byłaby lepsza, gdyby wycięli zbyt długie przygrywki, w których nic się nie dzieje, a na dłuższą metę zwyczajnie nudzą. Ośmiominutowy utwór opary tylko na jednej przygrywce perkusji... Hm... Z drugiej strony dwuminutowy nr 3. Toć to już klasyka. Ale posłuchać warto. Bardzo warto!