Worldwide lovers of the finer things are rejoicing at the news that Mudhoney, yep Mudhoney, is back in action in 2008 with The Lucky Ones, the band’s eighth full album in a mere 20 years of triumphant rocking. Deliberately and aggressively raw, The Lucky Ones sounds as lean and as full-on as any modern equivalent one cares to mention. Recorded in a scant 3.5 days (including overdubs) with Tucker Martine (who also recorded four songs on the previous album, Under a Billion Suns), Mudhoney went in armed with a batch of new material expecting to spend a fair amount of time getting it right. Bang—and bang again after some mixing—and a new album was birthed in record time, faster than anything else the band’s done to date. The grand majority of these numbers were intentionally written “from the rhythm up” instead of from the riff and the lyrics down. The effect is to thrust out the bottom-end rumble of drummer Dan Peters and bassist Guy Maddison, and to bring about a cohesive whole not entirely ruled by the almighty riff—although you certainly don’t have to look hard to find ‘em. Opening The Lucky Ones, the band defiantly looks twenty years of heaviness and critical hosannas in the eye and spits out the anthemic “I’m Now,” an existential place where “the past makes no sense, the future looks tense.” Finding eager new converts locked firmly in the present who’ll agree should not prove difficult.
Mamy powód do świętowania! Po dwóch latach milczenia kultowa grunge'owa załoga z Seattle - MUDHONEY - powraca z nową, już ósmą w historii grupy studyjną płytą.
"The Lucky Ones" to kolejna wyrachowana, nieokrzesana i agresywna pozycja w dorobku grupy, która bez zająknięcia powinna znaleźć się na półce każdego fana grunge - niesamowicie wypoziomowana płyta z soczystym gitarowym wykopem, dla której wciąż nie możemy znaleźć "współczesnego odpowiednika" na równie dobrym poziomie - aż dziw bierze, że po dwudziestu latach na scenie Ci goście dalej TAK grają!!
Nagrany z Tuckerem Martinem, (który zaszczycił grupę swoją obecnością również na ich poprzedniej płycie - "Under a Billion Suns") w znikomym czasie trzech i pół dnia album powstał w rekordowym tempie, którego grupa nie narzuciła sobie w przeszłości w aż takim rozmiarze, a mimo wszystko stworzyła jedną ze swoich lepszych pozycji w artystycznym dorobku, głęboko zakorzenioną w swoich pierwszych gitarowych płytach z lat 80' - tych samych, których wielkim fanem był sam KURT COBAIN - zaręczamy, że przed "The lucky Ones" też padłby na kolana! Tym razem położono chyba nawet większy nacisk na sekcję rytmiczną złożoną z Guya Maddisona (bas) i Dana Petersa (perkusja) niż dotychczas. Nie wiemy, czym panowie sobie na to zasłużyli, ale zdecydowanie warto było dokręcić im tą śrubę. Mocne bębnienie, oszałamiający bas, niesamowite riffy i nieco zaangażowane teksty - czegóż chcieć więcej? Przy takiej pozycji wystarczy przeczekać tylko kilka tygodni od dnia premiery by bez żadnych konsekwencji można było nazwać ją kultową i klasyczną - i głęboko liczymy na to, że ochoczo skorzystacie z tej możliwości tak jak my!