Jeśli Anglicy mieli Moloko, Norwedzy Royksopp, Amerykanie LCD Soundsystem a Niemcy Mouse On Mars, Polacy będą mogli śmiało pokazywać album Oszibaracka w całej Europie bez żadnych zahamowań.
„Plim Plum Plam“ jest dziełem inspirowanym melodyką Beach Boysów, sekcjami dętymi w stylu Glenna Millera ale także współczesną sceną klubową.
Po imponującym debiucie „Moshi, moshi”, który zaskoczył krytyków i polski rynek muzyczny koncepcją i brzmieniem, formacja Oszibarack powraca z nowym albumem „Plim plum plam”. Podobnie jak w przypadku debiutu muzykę cechuje bezkompromisowe podejście do formy i nieszablonowe pomysły aranżacyjne. Stylistycznie rozpięta jest pomiędzy minimalowym studium w „Anchor up” a dojrzałym, leniwym electro-pop w „Stop calling me”, którego pozazdrościć mógłby wrocławianom sam Goldfrapp.
Muzyka z „Plim plum plam” wpisuje się w estetykę klubową, ale wyrasta ponad format muzyki użytkowej. To raczej postmodernistyczny teledysk, w którym klubbing jest jednym z ujęć, ale nigdy nie stanie się obrazem dominującym. Kolory tego teledysku są zdecydowanie żywe, ale dramaturgia utworów nie akcentuje wyłącznie optymistycznych kadrów. Sięgając głębiej i przypatrując się szczegółom „Point blank”, zauważymy, jak rozedrgane dźwięki magicznego instrumentu theremin nadają temu teledyskowi iście Lynchowski suspens!
Zastosowanie dęciaków może kojarzyć się z wycieczką Oszibarack w stronę nu-jazzu, ale tak nie jest, gdyż aranżacje i klimat utworów ciążą wyraźnie w stronę popu. Nie utożsamiajmy jednak grupy z piosenkami okupującymi playlisty komercyjnych rozgłośni w naszym kraju. Mówiąc „pop”, myślimy bardziej o BBC Radio One i linii programowej związanej z nurtem ambitnym, balansującym pomiędzy niemiecką elektroniką a angielskim dystansem i luzem.
Połączenie różnych stylistyk i zderzenie epok, zabawa kiczem i ucieczka przed przewidyw....... więcej