Stare przysłowie mówi: lepiej późno niż wcale. Tak też jest z premierą ostatniej płyty Matta Elliotta, znanego też wcześniej jako Third Eye Foundation, na premierę której w Polsce czekaliśmy prawie dwa lata. Mistrz najsmutniejszych pieśni świata nagrał płytę jeszcze bardziej melancholijną i depresyjną, ale też bardziej akustyczną niż "Drinking Songs". Od czasu, gdy nagrywa pod własnym nazwiskiem, coraz mniej w jego muzyce elektroniki, laptopa i przeróżnych zabiegów produkcyjnych, za to coraz więcej wpływów folkowych (szczególnie wschodnioeuropejskich), instrumentów tradycyjnych (gitara, fortepian, skrzypce...). Elliott znów udowadnia, że potrafi pisać i nagrywać wspaniałe piosenki na poziomie największych songwriterów tego świata. Śpiewa bardzo osobiście mroczne i pesymistyczne teksty. Subtelne melodie kontrastują z szorstkością słów, ponieważ "Failing Songs" to opowieści o klęsce, pomiędzy rozpaczą a gniewem. Te pieśni są zarówno majestatyczne jak melancholijne, gorzkie i smutne, z wyraźną inspiracją muzyka słowiańską, grecką, czasem z hiszpańską gitarą, czasem blisko Dymitra Szostakiewicza czy Pascala Comelade'a.
Takie płyty przechodzą do historii...
Recenzja Łukasza Iwasińskiego (Aktivist):
W latach 90. Matt Elliott jako Third Eye Foundation nadał mrocznemu, gęstemu drill'n'bassowi metafizycznej głębi i wzniosłości godnej mistrzów współczesnej, sakralnej kameralistyki. Na płytach sygnowanych własnym nazwiskiem serwuje knajpiano-ludyczne, melodramatyczne songi, które mają w sobie zarówno coś ze współczesnej freak folkowej fali, jak i z nostalgicznych wycieczek w przeszłość formacji pokroju A Hawk And A Hacksaw czy Beirut. W magiczny sposób miesza zaklęty folk, także (czy może przede wszystkim) w jego wschodnioeuropejskim wydaniu – zahaczając o klezmerskie i bałkańskie skale, tradycję artystycznej, kawiarnianej ballady noir (przejawiającą się zwłaszcza w subtelnych, z lekka wodewilowych smaczkach) o....... więcej