Niezbyt życzliwe przyjęcie pierwszego albumu „Matinee” (2007) okazało się dla młodego wokalisty z południowego Londynu lekcją, efektem której jest kompletna zmiana kursu w stronę melodyjnego, tanecznego pop-rocka, wróżącego „Everything Is New” znaczący sukces.
Peñate – niegdyś ironicznie obwołany epigonem konwencji w latach 80. eksploatowanej przez Style Council i Housemartins – do produkcji swego drugiego albumu zatrudnił Paula Epwortha, odpowiedzialnego m.in. za płyty Bloc Party, Maximo Park czy Friendly Fires. Rezultat przeszedł najśmielsze oczekiwania wszystkich tych, którzy owego londyńczyka na pół hiszpańskiego pochodzenia spisali na straty jako kolejnego rozpuszczonego dzieciaka z wyższej klasy średniej, usiłującego zrobić karierę na indie-rockowej scenie. „Everything Is New” jednomyślnie uznany został za jedną z najsympatyczniejszych niespodzianek 2009 roku. Ze swymi melodyjnymi, doskonale brzmiącymi melodiami i tanecznymi rytmami – przywodzącymi na myśl tak single The Cure z pierwszej połowy lat 80., jak i zorientowaną na kluby propozycję rockową młodego pokolenia spod znaku Franza Ferdinanda – drugi album Peñate'a rzeczywiście robi doskonałe wrażenie oraz imponuje bogactwem rockowo-klubowych klimatów, w jakie tu i ówdzie wplecione zostały elementy afro-beatu („Tonight's Today”) czy latynoamerykańskich polirytmów nasuwających na myśl Santanę z dawnych lat („Give Yourself Away”). Wyróżnia się na płycie utwór „Let's All Die” inspirowany – jak mówi sam Peñate – widokiem roztańczonego marszu pogrzebowego w Nowym Orleanie, który sam w sobie wydał mu się raczej celebracją życia niż solennym żałobnym konduktem. Cały album – nawet mimo kilku bardziej melancholijnych piosenek („Every Glance”, „Body Down”) - tchnie zresztą optymizmem i emanuje pozytywnymi wibracjami. Staranny wybór utworów i nieskazite....... więcej