Po latach wielkiej posuchy w soulowych, męskich głosach odrodził się jak feniks z popiołów Lee Fields, znany raczej małej garstce fanów amerykańskich, czarnych brzmień lat 70.
Jego najnowsza płyta "My World" to wielki powrót artysty, o którym bez wątpienia można powiedzieć, że przejął schedę po gigantach gatunku jak: Curtis Mayfield, Otisi Redding, Isaac Hayes, Marvin Gaye i Wilson Pickett'.
W 1999 roku Lee Fields nagrał funkową płytę "Let's Get a Groove On", większość towarzyszących mu muzyków występuje obecnie z Sharon Jones and the Dap-Kings, której kariera nabrała ostatnio wielkiego tempa, dodam tylko, że wielce zasłużenie.
Nowy krążek, w jeszcze większym niż dotąd stopniu sięga do unikalnej tradycji lat 60. i 70., kiedy to święcił triumfy soul podszyty południowym r&b i funkiem.
Bezpretensjonalne, uduchowione songi wyśpiewane ciepłym głosem Lee zdumiewają bogactwem pomysłów i paletą brzmieniowych barw.
autor: Piotr Szukała
promieniowanie.wordpress.com
Lee Fields ma na okładce rozmazaną buzię i gdyby ktoś powiedział, że urodził się w 1980 roku, możnaby dać temu wiarę. Pierwsze takty ustawiają referencje gdzie indziej. Ten dżentelmen grał soul i funk już pod koniec lat 60. Ma na koncie kilka płyt - na tyle mało, że nie zdążył osiwieć od scenicznych ekscesów.
Fields kompletnie ignoruje współczesne trendy i dlatego jego comeback po latach wydaje się szczery, podobnie jak wrzucane tu i tam zamiast fucków teksty w rodzaju "A man is incomplete without a lady in his life" - taki stosunek do kobiet jest równie obcy dzisiejszym gwiazdom soulu, co maniery przy stole. Jego comebackowy album jest pokryty patyną i ma w sobie naturalną elegancję i szyk, którego brakuje współczesnym wykonawcom. Zero plastiku. W wywiadach Fields przyznaje się do fascynacji Jayem-Z a nagrywa z muzykami The Budos Band i Antibalas - brzmieniem nie odstaje wiele od klasyków z Motown, i ma porównywalny ogień.