Dwunasty album wybitnego muzyka i producenta, którego frapujące relacje z amerykańską tradycją muzyczną stawiają jego dorobek płytowy w tym samym rzędzie, co dokonania Toma Waitsa i Boba Dylana.
Dla każdego, kto jakimś przypadkiem zetknął się wcześniej albumami „Tiny Voices”, „Civilians” czy „Blood From The Stars”, Joe Henry okazywał się odkryciem. Jak bardzo jest on ceniony w USA świadczy fakt, że jest on cenionym producentem, który ma na koncie tak płyty Aimee Mann, Ani DeFranco czy Elvisa Costello, jak i udane powroty legend czarnej muzyki, Salomona Burke’a i Bettye LaVette. Na swoich autorskich płytach Henry prowadzi nieustający dialog – czasem czuły, czasem gniewny – z całą amerykańską tradycją muzyczną. Jak jednak widać coraz wyraźniej – przynajmniej od czasu „Civilians” (2007) – jego serce należy do bluesa. „Reverie” to dalszy krok w tym kierunku: album zaskakująco surowy, ascetyczny, nagrany w ciągu ledwie trzech dni, oparty na akustycznych brzmieniach fortepianu (Keefus Ciancia), basu (David Piltch), perkusji (Jay Bellerose) i gitary Marca Ribota, który dołączył do zespołu odrobinę później. Być może Henry zainspirowany był swoim wielkim idolem, Bobem Dylanem i jego legendarnym albumem „The Basement Tapes”, nagranym z muzykami The Band. Domowy i bardzo prywatny charakter muzyki na „Reverie” podkreśla fakt, że tym razem otworzył on na oścież okna swego studia w suterenie, by rejestrowały się również naturalne odgłosy, jak śpiew ptaków, szczekanie psa czy dzwonek listonosza do drzwi. Efekt jest znakomity. Każdy album Henry’ego wydany w ciągu ostatnich 10 lat można bez obawy uznać za wybitny. Ten nie jest wyjątkiem.