Scott Matthew uwielbia redukcję, minimalizm. Jego piosenki utkane są za pomocą wiolonczeli, fortepianu, ukulele i gitary akustycznej oraz oczywiście jego niepodrabialnego głosu.
Ale piąty album tego mieszkającego w Nowym Jorku australijczyka jest nieco inny. Rzeczywiście, pierwsze utwory ze smyczkami i elektryczną gitarą są bardziej mroczne niż kiedyś. Ale za to utwór tytułowy pojawia się jak nagła tęcza na niebie: klasyczna piosenka pop, miękko, wręcznie puchow zinstrumentalizowana. W Aranżacji piosenek pomagał scottowi niemiecki gitarzysta Jürgen Stark. Obaj zamkneli się na dwa tygodnie w mieszkaniu Scotta na Brooklynie i Stark wyprodukował potem właściwie cały album. Nagrań dokonano z długoletnim przyjacielem Scotta Euegenem Lemcio (fortepian, bas) i Samem Taylorem (wiolonczela) w Lizbonie, mieście, które zafascynowało Scotta od czasu współpracy z Rodrigo Leao (założycielem Madredeusa).