Ben Weaver jest przedstawicielem młodego pokolenia songwriterów, ma tylko 27 lat, pochodzi z Minneapolis, ale "Paper Sky" jest już piątym jego albumem. Jego surowy głos może przypominać wczesnego Dylana (ale bez polipów), surowe ballady Leonarda Cohena czy młodego Waitsa (ale bez jego szaleństwa), może jednak również spowodować drgania fundamentów. Jego bezkompromisowa, tocząca się muzyka jest jak manifest, wygłaszany bez pośpiechu, w filmowym stylu, gdzieś pomiędzy Jarmuschem a Wendersem z małym dodatkiem Johna Forda, uduchowiony przez włoski neo-realizm.
Muzyka zyskuje u Weavera swoją wartość przez historie opowiadane w piosenkach. Muzyka służy mu jako mechanizm, który odpowiada za to, by jego historie słyszano możliwie często. Dzięki temu otrzymuje całkiem inny rodzaj pogłębiania tych opowieści, bo kto czyta jedną książkę dwa czy trzy razy? A jak często słuchamy ulubionej piosenki? Sam Weaver mówi, że nie może napisać żadnej opowieści bez muzyki. Za to ma rzadki talent zawierania całych rozdziałów w jednym wersie i z 15 takich wersów tworzenia piosenki, która opowiada więcej, niż dzieło życia dowolnego pisarza... Każdy z wersów to skondensowana treść a pomiędzy nimi tkwi jeszcze bogata wieloznaczność. Arcytrudne miałby zadanie ktoś, kto chciałby przetłumaczyć jego piosenki na inny język. Weaver jest mistrzem redukcji, często jego historie opowiadane są bardziej przez przerwy i niedopowiedzenia niż przez słowa. Nie ma w nich jednak dążenia do jednolitej i jedynie słusznej interpretacji: każda jest w takim samym stopniu prawidłowa jak i fałszywa.
"Surrealism + Blues" to swego rodzaju hołd złożony przez Weavera Jeffrey'owi Lee Pierce'owi, zmarłemu w 1996 roku liderowi grupy Gun Club.
Na całej płycie w klasyczne piosenkowe i balladowe brzmienia z instrumentami smyczkowymi wmieszane są sygnały cyfrowe, różne częstotliwości zakłóceń, które nadają jej decydującego, niepowtarzalnego charakteru, wymieszania z....... więcej