Kilka zamyślonych elektronicznych tąpnięć, oddalony szum kosmicznego wiatru... Powoli rozchyla się kurtyna i możemy przekroczyć granicę oddzielającą świat zwykły i codzienny od wizjonerskiego świata Vandersona. Artysta proponuje wyśmienitą, hipnotyczną syntezę tradycyjnych brzmień okołoberlińskich, jarreującego ambientu i szczypty nowoczesności w najlepszym znaczeniu tego słowa. Jakby tego wszystkiego było mało, pod koniec jednego utworu usłyszymy fenomenalne elektroniczne "chóry" melotronu, natomiast coda albumu to wizja kojarząca się z mżącą, uśpioną taflą czarnej wody przepływającej przez impresję Klausa Schulze Blanche. Gdy płyta dobiegnie końca, najlepsze, co Słuchacz może zrobić, to czym prędzej nacisnąć przycisk "play" i odbyć kolejną podróż... Z pewnością inną, niż ta akurat zakończona, gdyż muzyka Vandersona kryje w sobie ogromny wizualizacyjny potencjał.