Światowa reedycja materiału wydanego w 2001 roku przez norweski oddział Warnera. 10 –osobowy zespół z Oslo to kolejna z jakże licznych formacji, które w aurze "nowych brzmień" proponują powrót do jazz rocka lat 70. O tyle ciekawie, iż tym razem obyło się bez powielania szablonów podsłuchanych na płytach Davisa i Hancocka. Od pierwszych dźwięków słychać za to odniesienia do unikalnej formuły psychodelicznego fusion wykreowanego w Wielkiej Brytanii przez takie zespoły jak Soft Machine, Nucleus czy Hatfield & The North. Dość majestatyczne, ale wijące się z kapryśnie, leniwie wznoszące harmonie dęciaków są na pierwszym planie. Oprawiają je kosmiczne smaczki Rhodesa, nowoelektroniczne ozdobniki, a niekiedy ostro cięty, pokręcony breakbeat i troszkę koktajlowego bujania wnoszonego przez wibrafon. Muzyka miła dla ucha, pogodna i zgrabnie aranżowana, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, iż wspomniane zespoły z lat 70. były o wiele ciekawsze – u nich była wyprawa w nieznane, tu jej odkurzony nerw służy dźwiękowemu designerstwu. Jeśli komuś podobało się Cinematic Orchestra, nie będzie zawiedziony, lepiej jednak pogrzebać w archiwaliach.
Rafał Księżyk (Aktivist / Antena Krzyku)
Obok Homelife odbudująca dobrą formę Ninja Tune ma kolejnych wykonawców z pogranicza jazzu i elektroniki". Dziesięcioosobowy (!) Jaga Jazzist z Norwegii nagrał na początek współpracy z Ninja Tune przeuroczy zestaw instrumentalnych kompozycji, pełny retrospektywnych spojrzeń na jazz-rock lat 70-tych, w dobrym smaku splatający tradycję ze współczesną techniką studyjną. Świetne partie dęciaków, budowanie nastroju niczym w Cinematic Orchestra, ale większa lekkość podejścia do jazzu. Może za sprawą zadawnionej sympatii do takich zespołów jak Soft Machine czy National Health natychmiast polubiłem tę płytę. To jeden z ciekawszych albumów, jakie wpadły w moje ręce w tym roku.