Jedna z najmocniejszych pozycji w katalogu MG. Słowem kluczem dla tej muzyki jest "skupienie" - materia jest dość cicha i żadka. Muzycy za pomocą tej niewielkiej ilości dżwięków wytworzyli nastrój kruchości, który powoduje, iż słuchacz odczuwa - wręcz moralną ;-) - potrzebę "zaopiekowania się" tymi akustycznymi perełkami.
Prostota, lecz nie banalność; urok, lecz nie kicz. Muzyka lekka, łatwa i przyjemna, lecz na swój sposób. Lekki rys - a raczej rysik - muzyki eksperymentalnej dodany tu i ówdzie sprawia, że płyta nie nudzi nawet przy wielokrotnym słuchaniu. Nie może nudzić także z powodu klasycznego piękna, którego wspaniałą kulminacją jest cykl "Pozytywki". Choćby dla tych miniatur warto mieć tę płytę...
Ta płyta to klasyczny przykład sytuacji, gdy muzycy wchodzą do studia nie po to, by stworzyć porządną muzykę, lecz żeby mieć świetną zabawę z gry na swoich instrumentach. Efekt: ledwie śladowe ilości ładu i składu; muzyka, która jedynie momentami może zainteresować w sposób odmienny od negatywnego. A przynajmniej mnie.
Tę płytę należy chyba traktować bardziej jako dżwiękową ciekawostkę z dużą dawką humoru niż jako muzykę, ze wszystkimi konsekwencjami tego słowa. Ciekawostki tej słucha się jednak bardzo dobrze; dużo tutaj fragmentów błyskotliwych pod względem czysto muzycznym. Dwa główne minusy: 1) płyta słuchana w całości nieco nuży; 2) można było popracować nad jakością nagrania.
Znakomity poziom porozumienia pomiędzy muzykami sprawia, że choć mamy do czynienia z improwizacją, niektóre fragmenty płyty - jak #2 czy #5 - brzmią jak skończone kompozycje. Świetny Stangl - swoim specyficznie melodyjnym graniem rozjaśnia dość mroczny generalnie klimat płyty. Na minus Zaradny - gra dużo niepotrzebnych dźwięków, np. w pierwszych minutach #1. Ogólnie płyta bardzo dobra.
Idea świetna, wykonanie gorsze. Album jest nierówny: obok nagrań odnoszących się z szacunkiem do nepalskiej tradycji (Zakrocki, OIOS) mamy niesmaczne parodie (Borisov); obok muzyki mającej coś wspólnego z oryginalną - utwory pozostające bez żadnego słyszalnego związku z tąże. Naturalna dla składanek różnorodność stylistyczna i poziomu artystycznego, tutaj jest przesadzona.
Specyficzny dystans bijący z muzyki na tym albumie sprawia, że nawet utworów z prymitywnym rytmem słucha się tu z przyjemnością. Muzyka nie narzuca się słuchaczowi, nie stara się udawać wielkiej sztuki, pozostając jednak przy tym inteligentną i sprawiającą wrażenie pewnej własnej wartości.
Niewiele mówi się o tej płycie, a szkoda. Rybicki niespiesznie snuje swoje pobudzające wyobraźnię opowiadania, zgrabnie omijając mielizny estetyki ambient. Na owej niespieszności w długich utworach traci nieco forma, ale pomimo tego zainteresowanie słuchacza jest cały czas podtrzymane na wysokim poziomie.
Muzyka, która w mistrzowski wręcz sposób balansuje na granicy kiczu, pozostając jednak cały czas po tej przyzwoitszej stronie. Znakomite melodie i rewelacyjne "archaiczne" aranżacje, ze szczególnym wskazaniem na dęciaki. Avant-pop z lekkim przymrużeniem oka ;-)
Pomimo nieustannego zalewania słuchacza potokiem dźwiękowych niespodzianek i chochlików, muzyka ta nie stwarza wrażenia chaosu, a przedzieranie się przez jej gąstwiny jest prawdziwą przygodą. Improwizatorom nie udało się jednak uniknąć momentów muzycznie jałowych, lecz nie mają one większego wpływu na bardzo pozytywny obraz całości.
Prawdziwe dźwiękowe bombardowanie - niesłychana jak na dwa akustyczne instrumenty ilość i gęstość dźwięków, rzadko kiedy zwalniających swój bieg. Nie jest to jednak bynajmniej bezmyślna ekstaza dwójki instrumentalistów; ale żeby dostrzec ten fakt i zrozumieć tę muzykę, należy słuchać jej blokami, całymi zdaniami tego dość ponurego w klimacie dialogu.
Główne atuty tej płyty to: rytm - czasem niebanalny, czasem zachęcający do... tańca - i błyskotliwe aranżacje, szeroko wykorzystujące możliwości brzmieniowe akordeonu. Muzyka opiera się głównie na zapętlonych motywach, które za sprawą powodów wyżej wymienionych, unikają częstej w repetytywizmie banalności.
Iście medytacyjna muzyka, lecz bez nadmiaru dźwiękowych szamaństw. Znakomita na wyciszenie się - z uwagi na piękne i długo wybrzmiewające dźwięki nietypowych instrumentów dętych. Mamy tutaj też prawdziwy diament muzyki konkretnej - #13 - utwór na wielkie stalowe drzwi o krystalicznie przejrzystej formie muzycznej.
Przestrzeń, oddech, swoboda - to słowa-klucze, którymi można określić muzykę. Pani Maarji wystarcza ubogie instrumentarium (w większości jedynie skrzypce i bardzo ciekawy barwowo, ciepły wokal) do wywołania takich skojarzeń. Album, którego słucha się jednym tchem.
Szanowni Muzycy i Sklepie serpent.pl, składam reklamację. Płyta nie działa - nie usypia. Wręcz przeciwnie. Chce się chłonąć więcej i więcej cudownie bezpretensjonalnych dźwięków z pogranicza jawy i snu. Muzyka, wbrew swojemu konceptowi, nie jest bynajmniej zinfantylizowana, nawet gdy śpiewają dzieci. Muzyka stworzona nie tylko z miłości twórców do swoich pociech, ale i do samej Muzyki.