Jak już wielu przede mną mówiło: elektronika sekwencyjna to teren przeorany do granic możliwości, a jednak nadal można wytworzyć na tym polu poruszające perły. Płyta Vandersona z pewnością do nich się zalicza: mamy tu mnóstwo genialnych wątków zaaranżowanych po prostu czarodziejsko. Najistotniejsze gatunkowe składniki poruszającej elektroniki sekwencyjnej Vanderson zmieszał na swojej palecie zaiste brawurowo, tworząc wspaniały album do wielu powrotów.
Najnowsza płyta Vandersona zaczyna się mocnym uderzeniem: sekwencje w dobrym, starym stylu mkną do nas z odległych układów słonecznych, przyprószone nader "mandarynkowym" brzmieniem (sięgającym aż czasów Ultima Thule!). Melotronowe flety dopełniają czaru - czy to naprawdę nie są niepublikowane dotąd nagrania ze ścieżki dźwiękowej Tangerinde Dream do filmu Sorcerer?... Wiadomo, że to niby już było - ale tu brzmi tak porażająco świeżo, że nie ma najmniejszego znaczenia, kto odkrył tę formułę.
Drugi utwór to z kolei udana synteza tradycyjnej elektroniki i ambientowych rozlewisk - w tej muzyce naprawdę można się zatopić i pogrążyć. Dwunastominutowa analogowa kąpiel z sekwencyjną pianą zrelaksuje każdego prawdziwego melomana. Trzecia kompozycja kojarzy mi się z "przyczajonymi", kiełkującymi suitami grupy
Ramp: to nadal elektronika sekwencyjna w sprawdzonym starym stylu, brzmiąca jednak i nowocześnie, i wystarczająco tajemniczo. Szkoda, że ten utwór trwa tylko 7 minut... Utwór czwarty to istny poliptyk: sekwencyjne drzwi otwierają się, ukazując misternie skonstruowane centrum utworu. Gdy faktura rytmiczna się zagęszcza, wiemy dokładnie, że to przyczynek Vandersona do niepowtarzalnej (zdawałoby się) stylistyki serii Virtual Vices Wolframa Spyry i Pete'a Namlooka
Za sprawą przedostatniego utworu znów zawitamy w mglistych, bezbeatowych galaktykach, o których jeszcze nikomu się nie śniło. Ta polarna impresja to być może najlepszy epizod na całym albumie: zmierzamy ku na....... więcej