Co łączy Johna Zorna, Laurie Anderson, Marianne Faithfull, Calexico i Iron & Wine?
Fakt, że wszyscy oni nagrywając płyty i planując koncerty dzwonią do Roba Burgera, któż nie chciałby w zespole muzyka, który nawet na Nowy Jork dysponuje potencjałem nie do zastąpienia.
Fortepian towarzyszy mu od wieku czterech lat. Studiował pod kierunkiem jazzowych mistrzów - Maxa Roacha, Archiego Sheppa i Yusefa Lateefa na University of Massachusetts. Jako nowojorski native od nastoletnich lat bywał w nowojorskich kultowych klubach jak The Knitting Factory i The Kitchen w latach 80. i wczesnych 90. Tam poznał Arthura Russella, Davida Byrne’a i Laurie Anderson. Fani Johna Zorna cenią jego pianistyczny kunszt na "Alhambra Love Songs", na której stworzył niezapomniane trio z Benem Perowsky'm i Gregiem Cohenem.
Jego najnowsze przedsięwzięcie, wydana na CD i winylu "Marching With Feathers" wymyka się gatunkowym podziałom. Sporo tutaj melancholijnych fortepianowych fantazji, jak "Figurine" i "Still", które wciągają słuchacza w świat natchnionej kontemplacji. Są też napędzane pełnym wigoru rytmem, ocierające się o miękką psychodelię obrazotwórcze "Library Science" czy "Hotel For Saints". Cały album wydaje się realizować potrzebę wywoływania obrazów dzięki muzyce. W końcu formy potrzebują muzyki a muzyka potrzebuje obrazów.
Album zbudowany jest na dychotomii pomiędzy siłą a łagodnością, mocą a wrażliwością. Łącząc te pozornie sprzeczne zjawiska, Rob Burger zaskakuje Cię, wytyczając szlaki, które w mgnieniu oka zmieniają się z mirażu w surową rzeczywistość. To jakby portret intymny Roba Burgera kompozytora, obserwatora, opowiadacza. Niezwykła, trochę oniryczna opowieść rozpisana na wiele głosów. Poza samym Burgerem, grającym na kilkunastu instrumentach usłyszymy Paula Niehausa na pedal steel guitar, Stevie Nistor na perkusjonaliach, i Teddy'ego Rankin-Parkera na wiolonczeli.
autor: Marek Wieruszewski